Po strasznie trudnych rozkminach, jak przebić się przez zasypane śnieżnymi nawałnicami autostrady europy, z Les deux Alpes do Gerlitzen, udało nam się tam dotrzeć na czas. A mieliśmy go niewiele bo zaledwie 20 godzin co nie starczało na powrót do Polski. Na szczęście mamy przyjaciela gotowego do poświęceń. Przejechał 800 km pod granicę niemiecko-francuską, po to by z samochodu Kenego przesiąść się do autokaru z nieczynnym kiblem 😉 Dzięki Ninja, jesteś gość.

Przyjechaliśmy z Kenym na ostatnią chwilę, żeby uciąć sobie 2 godziny snu i uderzyć na zajęcia ze studentami AWFu. Tak, właśnie dlatego nam się śpieszyło. Bo wiecie… wykładowca ponoć ma świecić przykładem. I tak też było przez cały tydzień szkolenia.

W Gerlitzen czekał już na nas trener kadry half-pipe Michał Starzyński. Dobrze się było zobaczyć po roku od ostatniego obozu. Po wspólnym śniadaniu ruszyliśmy szkolić. Dokonaliśmy podziału na grupy i nie pozostawało już nic innego jak jeździć. Warunki szkoleniowo były dobre po obfitych opadach śniegu. Nie mogliśmy narzekać. Jedynie spory mróz był wyzwaniem ale po mrozach jakie panowały we Francji nie robiły one na nas wrażenia. Już po pierwszym dniu szkolenia udało nam się uzyskać względnie równy poziom w grupach ale nie to było najważniejsze. Istotne jest, że od samego początku złapaliśmy dobry kontakt ze studentami. By lepiej się poznać, ekipa AWFu zorganizowała po wykładach huczną imprezkę. No i duże słowa uznania: Tak dobrze bawiącej się grupy, która zna granice zdrowego rozsądku i potrafi zachować umiar, jeszcze nie mieliśmy. Wieczorne dyżury, do których nasza trójka została wytypowana, były dla nas tylko formalnością. Jeśli musieliśmy zajrzeć do czyjegoś pokoju to tylko po to by pogadać jak ze znajomymi.

Kolejne dni szkolenia przynosiły bardzo dobre efekty i roszady między grupami (cieszy fakt, że w większości były to awanse do mocniejszej grupy). Korzystając z faktu, że śnieg był dość lepki, grupa Kenego wybudowała hopkę, która miała nam posłużyć w kolejnych dniach. Następnego dnia przygotowaliśmy najazdy na przeszkody jibbowe (piknik, box prosty i C-box). Udało nam się przejechać po nich ze dwa razy i niestety dzień dobiegał końca, więc musieliśmy się zmyć do hotelu.

Rano pogoda spłatała nam figla… Deszcz, który co prawda zmienił się później w śnieg ale i tak w miejscu lądowania z naszej hopy wyrosła trawa! Czarna dziura! Nooo, czarno-zielona dziura. Po zawodach… jak to się mówi! Boxy od rana oblężone przez Austriaków, świętujących coś, chyba jakieś święto 😉 Poniszczyli najazdy, przestawili piknik, a łopatą to żaden nie machnął, żeby coś poprawić. Tyle zostało z naszych freestyle’owych planów. Na szczęście freestyle to zajawka i pomysły pojawiające się z nikąd. Znaleźliśmy górę śniegu nasypaną przez armatkę śnieżną. Dało sięz niej uzyskać całkiem niezły lot. Pod warunkiem, że dojechało się do niej po bardzo nierównym najeździe. Frontflipy niektórym wychodziły same – jeszcze przed hopką 😉 Cieszy, że przełamali się prawie wszyscy. Jedni zaczęli skakać, inni zaczęli kręcić rotacje, chwytać graby, a niektórzy siłowali sięz rotacjami przez głowę. Krzysiek po serii backflipów z wbiciem nose’a wlądowanie w końcu dokręcił elegancki triczek.

Na szczęście nic nie stanęło na przeszkodzie rozstawieniu slalomu. Fajnie, że nawet freestajlerzy nakręcili się na tego typu jazdę. Do tego doszedł pomiar czasu, a po przerwie udało nam się rozegrać zawody. Nie ma co dużo pisać… Zobaczcie zdjęcia.

Nam w imieniu Keno Teamu wypada podziękować wszystkim uczestnikom tego bardzo udanego obozu. Specjalne podziękowania dla Michała, za codzienną gotowość to przejęcia dyżuru; dla wszystkich krzyczących „ADAAAAM”; dla Grzesia za wskazanie drogi metodycznej w prowadzeniu rozgrzewek i dla Julity za chyba najśmieszniejszy powrót z obozu AWFu jaki przeżyłem i za historię z kokardką na ręce 😉

Do zobaczenia na stoku ludziki!


Autor:
keny
Publikacja:
22 Gru 2010