Prasonisi w lipcu z Keny On Board – relacja. IMG_8317

Połowa sezonu już za nami. Kilka wspomnień naszej kursantki Kasi oddają obraz tych wspaniałych chwil spędzonych na Prasonisi w lipcu wraz z ekipą Keny On Board.

 

„Mój pierwszy przyjazd na Praso na pewno zostanie zapisany w pamięci jako 3-tygodniowy czas pływania, chillowania w bazie, poznawania super ludzi i imprez pod sklepem. Po wcześniejszych namowach Paulinki w połowie lipca wybrałyśmy się na 2 tygodnie wakacji na Praso, które dla mnie się nieznacznie przedłużyły ale o tym później. Pierwsza kolacja w Katavii u Louisa od razu mi się spodobała, szybko poznałam całą ekipę i po krótkim podSUMOwaniu pojechałyśmy na Praso. Paulina zabrała mnie pod słynny sklep u Kiki, dopóki nie usiadłam na schodach nie rozumiałam fenomenu tego miejsca, ale szybko się to zmieniło. W przeciągu godziny poznałam sporą grupę osób, gdzie każdy ma coś ciekawego do opowiedzenia, generalnie moje pozytywne wrażenie zaczęło się od pierwszych chwil na spocie.

Pierwszego ranka Keny obudził nas na poranne pływanie, dla mnie było to pierwsze spotkanie z kitem, Paulina cieszyła się, że od razu zacznie pływać. Początki były trudne, Keny i Wiśnia z cierpliwością szkolili nas wszystkich, żebyśmy wyjechali stąd jak prawdziwi kitesurferzy- z lepszym bądź gorszym efektem końcowym udało im się to w stu procentach. Na wiatr nie mogliśmy narzekać, tak jak na nieustające słońce. W drugi dzień Keny pożyczył busa i zabrał całą naszą ekipę na puste spoty, gdzie odważni porywali się na wodę, a Ci którzy tego nie robili mieli dzień przeznaczony na kąpiele słoneczne i odpoczynek. Wiatr niestety nie był tak super jak się spodziewaliśmy, dlatego Keny dostąpił zaszczytu płatnego rescue od Wiśni, niestety nie okazał on wdzięczności za ten hojny gest. Dzień można zaliczyć do udanych- wizyta w słynnym Mojito pod parasolami i najlepsza pizza w Genadii przyczyniły się do dobrego humoru naszej ekipy. Kolejne dni na Prasonisi owocowały w większości dobrym wiatrem, wysokimi lotami i moimi pierwszymi bodydragami i ,,pseudostartami’’.

Nie trzeba było długo czekać, żebym poczuła się tam jak w domu, coraz częściej przychodząc pod sklep spotykałam znajome twarze zarówno z wody jak i ze słynnych imprez na rondzie lub pod sklepem. Czas leciał szybko, i ze smutkiem zbliżał się dzień powrotu do Polski. Warto wspomnieć o dniach Katavii, które łączyły się z urodzinami Kiro.

Na ulicach pełno straganów z lokalnym jedzeniem, zabawkami, a nawet garnkami, wszystkiemu towarzyszyła w tle grecka zorba i inne lokalne ,,hity’’. Przyjście na imprezę okazało się trafną decyzją, może nie dla wszystkich skończyło się to kolorowo, ale mamy co wspominać. Każdy zaopatrzony w prezenty przywitał solenizanta gromkim sto lat i zaczęło się.. tańce, śpiewy, dla odważnych tańczenie na murku lub dachu, chociaż nie polecam praktykować. Po wyjściu z imprezy niektórzy zdecydowali się na integrację z tańczącymi zorbę Grekami lub próbowali swoich sił w lokalnym zespole- myślę, że dni Katavii zostaną w pamięci zarówno naszej jak i mieszkańców. Powroty z imprezy też były ciekawe, towarzyszyło temu wyczynowe gubienie butów, spotkanie znajomych w połowie drogi na Praso, lub zgubienie swoich towarzyszy. Ale oczywiście Praso nie opierało się dla nikogo z nas na imprezach, tylko na nieustannym progresie na wodzie. Także następnego dnia wszyscy z nowymi siłami ruszyliśmy pływać. Mój kontakt z kitem opierał się na chwilach załamania po każdym kolejnym rescue, ale motywowana przez Kenego, w końcu wchodziłam kolejny i kolejny raz na wodę, walcząc z latawcem, moją koordynacją ruchów i deską na nogach, żeby wreszcie wystartować i poczuć co to znaczy mieć radość z pływania.

Dzięki Keny i Wiśnia!

Niestety zostały nam ostatnie dni pływania i zbliżał się koniec pobytu, 2 dni przed wyjazdem, siedząc o 12 w nocy na rondzie wpadłam na genialny pomysł zostania kolejny tydzień.

Kiedy podzieliłam się tą super nowiną, Keny nawet nie ukrywał swojego zaskoczenia, ale powiedział że wszystko da się załatwić. I faktycznie tak się stało, miałam nowy bilet na kolejny tydzień, wygodny hotel zamieniłam na opcję all inclusive w namiocie na wydmach i kąpielami u Zenka. Po pożegnaniu z Paulinką, która musiała wracać do Polski, zaczęłam moje życie koczownika. Na szczęście od razu mi się spodobało, poranne śniadania pod Kiki i kolacje w Katavii stały się nieodłącznym elementem dnia. Tak samo jak pływanie, które coraz bardziej mi się podobało i Keny nie musiał już namawiać mnie na wejście na wodę. Dodatkowy tydzień okazał się strzałem w dziesiątkę, nie tylko ogarnęłam kite’a ale zaliczyłam też przejażdżkę wokół całego wybrzeża Rodos na skuterku. Było warto, zarówno dla super widoków, tysiąca zdjęć, czy kąpieli w centrum Rodos i basenie Atrium- dzięki Ernest za wycieczkę.

Wydawać by się mogło, że 3 tygodnie to ogrom czasu, ale zleciało mi to strasznie szybko i nadszedł mój ostatni dzień na Prasonisi, poprzedzony imprezą w bazie, którą zrobił dla nas wujek Taras. Dobra muzyka, fajne drinki, umiliły mi ostatni wieczór na Praso. Rano poszłam na moją ostatnią sesję na wodzie, która z powodu przypadkowego Rosjanina skończyła się rozwalonym latawcem i moim ostatnim rescue. Szybkie pakowanie, prezenty do Polski i trzeba było wracać, pożegnania z wszystkimi poznanymi ludźmi było smutne, chociaż z drugiej strony na pewno tam wrócę, jak większość osób.

Dzięki Keny za super wyjazd, za naukę kite’a i baklave z Katavii, nie mogę się doczekać kolejnych wakacji na Praso!”

Kasia


Autor:
keny
Publikacja:
13 Sie 2014