RELACJA MARILLEVA 1400 – LUTY 2015

relacja marilleva 1400 luty 2015 - Kopia

Relację Marilleva 1400 przygotował dla nas jeden z uczestników naszego szkolenia. Tomek dzięki wielkie za te zdania.

Po około tysiącu dwóch przystankach podczas drogi wynikających z potrzeb fizjologicznych podczas drogi znaleźliśmy się w Marillevie. Wszyscy naładowani pozytywną energią i nastawieni na progres, z ochotą zanieśliśmy swoje bagaże do pokoi, do których zostaliśmy przydzieleni. Pierwszy wieczór, jak to ma do siebie, upłynął na rozpakowywaniu  i integracji ze współlokatorami i (wczesnym) pójściu spać, bo przecież następnego dnia zaczynały się zajęcia.  Pierwszego dnia stawiliśmy się punkt  9:00 przed hotelem, gdzie Keny wraz z Sypkiem, Chrapkiem i Lucy rozdzielili nas na grupy i zaczęło się. Nie ukrywam, że była to dla mnie pierwsza wizyta na tej miejscówce, więc nie dawało się ukryć moje podniecenie i zaciekawienie, tym co czeka nas u szczytu gondolki. Słońce, które zastaliśmy u góry zrobiło wrażenie chyba na wszystkich, nikt nie nastawiał się na, aż tak dobre warunki. Po szybkiej rozgrzewce Keny zabrał nas na zwiedzanie tras. Przed naszym przyjazdem padał śnieg, więc jak ma w zwyczaju, nie omieszkał zabrać nas na freeride. Po niezliczonej ilości gleb i puchu pod ubraniami wróciliśmy na trasy. Szybka przerwa i z powrotem do roboty.  Do pokoi wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni.  Wieczorem  FeelTheFlow urządzili Welcome Party, gdzie mieliśmy okazję zintegrować się z resztą uczestników wyjazdu. Jako, że my sportowcy wyznajemy zasadę „Sport nie melanż”  skończyliśmy imprezowanie „dość” wcześnie, by móc się wyspać.


Dzień drugi.
Szybki tost, pół kubka kawy i przed hotel, by zdążyć na zbiórkę, która okazała się jednak pół godziny wcześniej, bo jaka szkoda byłaby marnować takie warunki ! Rozgrzewka i pierwsze zajęcia z techniki, które trwały do południa. Przerwa, dla tych, którzy nie do końca otrząsnęli się po zeszłonocnym BANG, okazała się zbawieniem. Zbiórka pod knajpą i uderzyliśmy na snowpark, gdzie czekały na nas boxy, raile i skocznie. Wszyscy podłapali zajawkę na skakanie, nawet nasza utalentowana do freestylu Kasia ! Wieczorem pierwsze wykłady, prowadzone przez osoby z kursu instruktorskiego i videocoaching w wykonaniu Kenego. Potem czekały na nas już tylko łóżka.

 

Dzień trzeci upłynął praktycznie identycznie jak drugi.  Trochę więcej czasu spędziliśmy na freestylu, by rozskakać się przed środą, bo właśnie wtedy, w końcu mogliśmy w pełni wykorzystać nasze karnety. Po pokonaniu kilometrów tras i wynudzeniu się w gondolce, naszym oczom ukazał się Ursus Park. Nie w pełni przygotowany, ale i tak dający mega możliwości. Wszyscy z wielką ochotą rzucili się na przeszkody. Pod okiem naszych instruktorów rotacje nabierały wyglądu, loty wysokości, a graby stylu. Spędzając cały dzień na parku w raz z Grafem, usłyszeliśmy miejscowa legendę , że zdarzyło się kiedyś, że Keny był spokojny, gdy Staszek kręcił rotacje. Staszek to strasznie odważny chłopak, którego gorąco pozdrawiam! Progres i zacięcie dało się wyczuć w powietrzu, było wręcz namacalne. Wracając z Madonny na tzw. „pałę” i wynosząc zabawę w granat, na zupełnie nowy, wyższy level ostatkiem sił zdążyliśmy na ostatnie krzesełko, które wywiozło nas do miejsca, z którego mogliśmy już spokojnie wrócić do hotelu, by odpocząć i zregenerować siły przed następnym wypadem na Ursus.

Dzień piąty, czyli czwartek, w moim odczuciu był najlepszym dniem jaki kiedykolwiek spędziłem na śniegu. Znowu wybraliśmy się do Madonny, a po dotarciu na miejsce, od razu rzuciły nam się w oczy nowe, ledwo co wyshapowane, większe niż dzień wcześniej skocznie. Ci co odważniejszy polecieli na nie z miejsca, a reszta mniej bądź bardziej rozważna pojechała się rozskakać na mniejszych. Na tych większych upust swoich umiejętności pokazywali najlepsi z nas. Czy to Keny kręcąc swoje 18ki i 36stki z każdym możliwym grabem, który sobie wymyślicie, czy to Sypek kręcąc wszystko co wam do głowy przyjdzie, oraz nasz Grafu a.k.a Shaun White. Dzięki tym dwóm dniom, spędzonym na Ursusie wszyscy zrobiliśmy olbrzymi postęp, co zostało uwiecznione na niezliczonej ilości zdjęć i filmików. Wieczorem udaliśmy się na koncert polskiego rapera Tedego. Po grzecznej i bezpiecznej zabawie, wróciliśmy do hotelu pod troskliwym okiem naszej kochanej Lucy.

Dzień ostatni był dniem egzaminów. Od samego poranka można było wyczuć napięcie, wśród osób biorących w nim udział. Największą presję czuły osoby ubiegające się o poziom instruktorski.  Dzięki naszym umiejętnością i sprzyjającym warunkom, każdy uzyskał wymarzony stopień, więc wieczorem mogliśmy ze spokojem ducha uczcić wyniki imprezą. Po udanej nocy, spakowaliśmy się do autobusu i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Podsumowując, był to najlepszy tydzień na śniegu, jaki mogliśmy sobie tylko wymarzyć. Sześć dni pełnej lampy, zero betonu, idealnie przygotowane snowparki, ludzie, atmosfera to wszystko składana się na ten wyjazd. Życzę każdemu takich warunków, jakie nam udało się mieć przez cały tydzień pobytu w Dolinie Słońca.

Pozdrawiam i do zobaczenia na następnym wyjeździe !

Tomek



Autor:
Lucy
Publikacja:
21 Lut 2015