Sylwester w Risoul – relacja z wyjazdu oczami „Trzciony”

trzciona

Kolejny raz wspólnie z przyjaciółmi ze Snowevents ekipa KenyOnBoard wyruszyła w kierunku francuskich Alp. Nasza dwunastka, niczym dwunastu apostołów, z uśmiechami na twarzach znosiła trudy i męki przedłużającej się podróży. W krytycznych momentach otuchy dodawały nam ckliwe wspominki z zeszłego roku (nie wspominając już o napojach). W końcu niezawodne francuskie służby porządkowe uczyniły drogę przejezdną i po 3 godzinach stania w miejscu pełni wigoru i planów na przyszłość  dotarliśmy do owianego legendami Risoul.

Od pierwszego dnia nikt nie miał wątpliwości, że dla takiej miejscówki warto było znieść nawet najbardziej uciążliwą podróż. Przywitało nas cudowne słońce które, nie licząc tylko jednego dnia, zostało już do końca wyjazdu.  Nietrudno odgadnąć, że od razu udaliśmy się na freeride spragnieni świeżego śniegu, którego w biednej Polszy w tym roku jak na lekarstwo.

Kolejnym punktem naszego szczegółowego planu była wizyta w snow parku, co oznaczało oczywiście wycieczkę do położonego po drugiej stronie góry Vars. Skocznie zostały otwarte po dwóch dniach. Do tego czasu musieliśmy zadowolić się jibbingiem. Oczywiście wybór ogromny: raile, rainbowy, i inne atrakcje których nazw nie jestem i nigdy nie będę w stanie zapamiętać. Warto odnotować małą reorganizację: zniknął najniżej położony snow park z przyjemnymi boxami koloru zgniłej zieleni, w zamian zyskaliśmy kolejny w pobliżu ulubionej pizzerii „Loy’s”, jednak o wyższym poziomie trudności.

Co do warunków mieszkaniowych, to konia z rzędem temu, kto wytłumaczy, za co właściwie pobierana jest kaucja w wysokości 50 euro.  Ja przez cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że apartamenty zostały zaprojektowane z myślą o naszym serdecznym przyjacielu Juniorze. Na szczęście miały też swoje dobre strony:  to co nas interesuje najbardziej to odległość od stoku, która okazała się niewielka (niecałe dwie minutki). Poza tym, jeżeli ktokolwiek czuł lęk przed byciem zapędzonym do wspólnej obory, to z pewnością porzucił go już przy pierwszej wspólnej kolacji.

To sprowadza mnie do kolejnego  aspektu sylwestrowego wypadu: imprez. Tym razem nie ograniczały się do zwykłych wypadów do Groty Yeti, co to to nie. Niezastąpieni organizatorzy stawali na uszach aby zapewnić wszystkim uczestnikom wyjazdu rozrywkę na najwyższym poziomie: a to turniej pokera, a to zapasy sumo…  Największym zainteresowaniem cieszył się turniej bierponga, podczas którego niektórzy uczestnicy zdradzali objawy amoku. Nietrudno to zrozumieć, kiedy uzmysłowi się, o co walczyliśmy – główną nagrodą była skrzynka tradycyjnego polskiego Krupnika. Zawodnicy KenyOnBoard zostali zgrupowani w dwie drużyny, z których jedna odpadła w przedbiegach, a druga, o chlubnej nazwie Post-kobiety, dziarsko pięła się na szczyt tabeli. W końcu, dzięki polityce efektywnych transferów, udało nam się wejść do finału. Warto odnotować zaangażowanie pozostałych zawodników Kenego, którzy, niczym agenci ukryci pośród publiczności, działali na odcinku propagandowym. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Kinga, która dosłownie dwoiła się i troiła, na najostrzejszych etapach wcielając się w rolę trenera, kibica i sędziego równocześnie.  Na kartach historii zapisał się również Owsik, który dzięki swoim stalowym nerwom i stuprocentowej skuteczności zyskał wymowny pseudonim „egzekutor”.  W końcu, dzięki harmonijnej współpracy rozgromiliśmy rywali i zgarnęliśmy całą pulę 12 świeżutkich flach.

Zaopatrzeni w te skarby mogliśmy zasiąść do sylwestrowego stołu który, jak w zeszłym roku, wynieśliśmy na udekorowany uprzednio balonami i girlandami korytarz. Bawiliśmy się tak dobrze, że nawet nieproszeni i umundurowani goście nie odważyli się nam przerywać. Nie dostaliśmy nawet cieszącej się ponurą sławą pisemnej nagany, panowie poprosili jedynie o wniesienie stołów do pokoi przed 23:30, co rzecz jasna nie przeszkadzało nam kontynuować zabawy po powrocie z pokazu sztucznych ogni.

Podsumowując: wyjazd okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza, jeżeli weźmie się pod uwagę, że w katowickich ogródkach w owym czasie kwitły krokusy. Nam udało się przeżyć prawdziwą zimę w pigułce. Nawet 30-godzinna podróż powrotna nie zdołała zatrzeć dobrego wrażenia. Jeżeli  ktoś nie dowierza moim słowom, niech zobaczy sam – nic nie umknęło argusowemu oku naszych fotografów. Po raz kolejny przodowała Kinga, która w sam tylko sylwestrowy wieczór natrzaskała ponad 300 zdjęć.

Do następnego!

Paweł Trzciąkowski


Autor:
keny
Publikacja:
12 Sty 2014